Agnieszka Ogiolda pisze z Peru

 

Zbliża się Boże Narodzenie. Nadal dziwne są święta bez śniegu, adwent bez rorat (musiałam wyjechać na inny kontynent, żeby odkryć, że to polski zwyczaj) i wiosna w listopadzie. Ale Święta to też wyjątkowy czas, żeby zbliżyć się do naszych przyjaciół, a także żeby lepiej poznać i zrozumieć ich tradycje i zwyczaje. Po ośmiu miesiącach tutaj (kiedy to zleciało?) z jednej strony mam wrażenie, że bardzo się zaaklimatyzowałam i „weszłam” w tutejszą kulturę. Z drugiej strony Peru i Peruwiańczycy wciąż potrafią mnie zaskoczyć. Inkulturacja to skomplikowana sprawa, składa się na nią mnóstwo różnych aspektów. To język, ale też sposób mówienia. To lokalne potrawy, przyprawy, smaki, ale też sposób przyjmowania gości. To muzyka, której się słucha, to tańce – te tradycyjne i te, które się tańczy na imprezach. Ale dziś chciałabym Wam napisać o innym aspekcie życia naszych przyjaciół, który pomalutku staram się zgłębiać – o peruwiańskiej pobożności.

Co ją charakteryzuje? Na pewno ekspresywność i jawność. Tutaj wiara to nie twoja prywatna sprawa. Stąd nazwy ulic, dzielnic czy sklepów noszą imiona świętych. Ta “publiczność” przeżywania wiary osiąga kulminację w październiku – miesiącu Señor de los Milagros (Chrystusa Pana Cudów) - głównego patrona Limy. Wielu mieszkańców przez cały miesiąc nosi „habit” w intensywnym fioletowym kolorze – barwie czcicieli tego wizerunku.

Obchody tego święta pozwoliły mi też zrozumieć to, o czym słyszałam jeszcze przed wyjazdem – że dla Peruwiańczyków najważniejszą formą pobożności są procesje. Potwierdzam to w zupełności. Przez całe życie nie widziałam tylu procesji, co przez tych kilka miesięcy w Limie. Małe – od parafialnego kościoła do domu po mszy w intencji danej rodziny niosącej figurkę Maryi lub świętego szczególnie czczonych w danym domu, ale też gigantyczne, jak ta towarzysząca Matce Bożej z Karmelu czy Señor de los Milagros (ponoć największej w Ameryce południowej, a niektórzy mówią, że i na świecie). Niezależnie czy małe, czy duże procesje zawsze są tłumne i głośne (orkiestra zdaje się być obowiązkowa) i towarzyszą im silne emocje, ale i modlitwa. W ogóle mam wrażenie, że religijność naszych przyjaciół, to zawsze mieszanka autentycznej pobożności i folkloru. Z jednej strony niektórzy z nich uczestniczą we mszy tylko raz w roku, właśnie w październiku (ale już np. nie na Wielkanoc). Także życie wielu osób, które deklarują się jako czciciele tego czy innego świętego wizerunku, dalekie jest od chrześcijańskich ideałów. Ale jednocześnie jest ogromna szczerość w ich modlitwach, czy na przykład w świadectwie jednego ze spotkanych przez nas “nosicieli” (parafie mają specjalne „bractwa” zrzeszające tych, którzy mają zaszczyt dźwigać feretron podczas procesji), który mówi o tym, jaka to dla niego łaska i z jednej strony jest to forma modlitwy, ale i pokuty.

Co do jednego na pewno nie można mieć wątpliwości - nasi przyjaciele potrafią się modlić. Potrafią prosić o cuda. To niby nic trudnego, ale na własnym przykładzie widzę, że często nasza europejska racjonalność każe nam tonować nasze prośby, podczas gdy nasi peruwiańscy przyjaciele jasno i z ufnością proszą o cuda. Czasem proszą o rzeczy naprawdę wielkie, jak uzdrowienie z ciężkiej choroby czy uzależnienia, ale często też o cuda dnia codziennego. Może to jest nieuniknione, bo dla wielu z nich zjedzenie codziennie ciepłego posiłku, dostanie się do szpitala, czy wykupienie recepty, to każdorazowo mały cud.

Mistrzynią takiej odważnej, nieustępliwej modlitwy jest dla mnie Roxana. Kiedy ją poznałam była chyba ostatnią osobą, od której spodziewałabym się czegoś nauczyć. Roxana żyje po sąsiedzku, ma prawie 40 lat, ale mentalnie jest właściwie dzieckiem. Czasem odwiedza nas dwa razy dziennie, to znowu na jakiś czas „zapomina” o nas. Kiedy przychodzi, prosi o herbatę (i przy okazji chce zjeść wszystko, co się znajduje na stole) i żeby jej pleść warkocze (ale koniecznie, jak księżniczce). Kiedy fryzura jest już gotowa przychodzi czas na kolejny obowiązkowy punkt wizyty – modlitwę. Często Roxana nam ją dyktuje, a my skrupulatnie (na tyle, na ile jej chaotyczny sposób mówienia i mój ubogi hiszpański na to pozwalają) ją zapisujemy. To niezwykłe modlitwy. Z jednej strony bardzo powtarzalne i proste, odnoszące się do spraw codziennych, z drugiej strony za każdym razem poruszające. Jest w nich bowiem dziecięca szczerość, ale i swego rodzaju pewność, która przywodzi na myśl kochane dziecko, pewne, że ojciec nie odmówi jego prośbie. Roxana jest do tego stopnia pewna skuteczności swoich modlitw, że zawsze są one przeplatanką próśb i podziękowań za ich spełnienie. Taki list do Boga zawsze wieńczy rysunek (zwykle serduszko, ale może być i kwiatek) i własnoręczny podpis Roxany. To podpis niezdarny, niewprawny. Pisany dużymi, koślawymi literami. To podpis dziecka. Bo to list dziecka. Ale to jednocześnie mistrzowski podręcznik modlitwy. To list dziecka. List dziecka do Boga Ojca.

Życzę Wam i sobie na te Święta, aby bliskość Wcielonego Słowa obudziła w nas odwagę do takiej „zuchwałej” modlitwy. Aby betlejemski cud, odnowił naszą wiarę w cuda i w sens proszenia o nie. Abyśmy bez lęku potrafili zawołać, „Chwała na wysokości Bogu”. Oby te Święta upłynęły Wam w pokoju i miłości. Oby nie zabrakło rodzinnej atmosfery – niezależnie czy spędzacie je w gronie najbliższych, czy – jak ja – daleko, ale przecież sercem blisko, abyście w odpowiedzi na apel papieża Franciszka otworzyli swoje domy dla zupełnie obcych.

Niech Nowonarodzony Zbawiciel Was błogosławi i odnawia w Was wiarę, nadzieję i miłość. Dziękuję Wam serdecznie za Wasze modlitwy, każde ciepłe słowo i za Waszą pomoc materialną. Także za świąteczne paczki dla naszych dzieciaków. Dziękuję, że dzięki Wam mogę świętować to Boże Narodzenie tutaj, w moim barrio, wśród przyjaciół, we wspólnocie. To święta inne niż w domu. A przecież, to święta tak bardzo w domu.

Agnieszka Ogiolda, Peru