List z Indii

 
Kochani!

Ruszaj, ruszaj tam gdzie Ziemię Obiecaną daje ci Pan...

Wielokrotnie z tymi słowami na ustach zaczynałam diecezjalną pielgrzymkę z Opola do Częstochowy. Wiedziałam, że tą pieśnią zaczniemy, znałam przynajmniej z widzenia większość naszej grupy, szłam otoczona przez bliskich ludzi. Znałam każdy zakręt na trasie, mam od lat „zaklepane” noclegi. To wszystko sprawiało, że na opolskiej pielgrzymce czułam się u siebie. Oczywiście nadal trzeba swoje wydeptać, ale ta rutyna i pewność daje ogromny komfort. Może nawet zbyt duży, zwłaszcza, gdy jest się młodym i także sam marsz nie jest tak dużym wyzwaniem. Dlatego od kilku lat odgrażałam się, że kiedyś wybiorę się na jakąś pielgrzymkę, gdzie nikt mnie nie zna, ja nie będę wiedziała co i jak i w końcu uwolnię się od tego poczucia komfortu. Cóż z Bożą pomocą, spełniło się. I to jak. Dziś chcę się z Wami podzielić wrażeniami z pielgrzymki do Vallankani. Za myśl przewodnią posłużą mi tematy tegorocznej Pieszej Pielgrzymki Opolskej na Jasną Górę. Tak jak wspomniałam, to ta pielgrzymka ukształtowała mnie jako pielgrzyma i choć chciałam spróbować czegoś nowego, to nie odcinam się od tych korzeni. W drodze rozważałam więc przesłane z Polski konferencje głoszone podczas opolskiej pielgrzymki.

Idźcie i głoście

Taka jest tematyka roku duszpasterskiego w Polsce. Jestem szczęściarą, że zbiegła się z moim wyjazdem, bo „misyjna” interpretacja tego wezwania jest naturalna i prosta. Ale to jest przecież powszechne wezwanie do realizowania codziennie, niezależnie gdzie i co robimy. Na pielgrzymim szlaku w sposób szczególny. Czy samo wybranie się na pielgrzymkę jest świadectwem wiary? Cóż, w Indiach niekoniecznie. Dołączyłyśmy do grupy z Kasimode, w której szli nasi bracia i około 50-60 mężczyzn (byłyśmy jedynymi kobietami w grupie) w większości bliższych i dalszych sąsiadów tamtejszego Domu Serca. Bracia zapewnili nas, że część z nich to hindusi. Jest to świadectwo niezrozumiałej dla nas religijności, która pozwala wyznawcom hinduizmu otaczać Maryję czcią i niewątpliwie wierzyć w Jej „działanie”. Jasne, że z naszej perspektywy to może być niezrozumiałe, a może nawet oburzające, ale z drugiej strony, daje to możliwość bycia blisko, dania świadectwa swoją postawą, próby pokazania, że chrześcijaństwo to coś głębszego niż tylko kult Matki Bożej.

Być dobrym, jak chleb

Na tegorocznym szlaku towarzyszyło nam dwóch świętych: Maksymilian Kolbe i Brat Albert. Ucieszył mnie taki wybór, także dlatego, że to jednocześnie patroni Domów Serca (w Japonii i w Warszawie). Zwłaszcza przesłanie św. Brata Alberta pozwoliło mi w nowym świetle spojrzeć na spotykanych po drodze ludzi.

Być dobrym, jak chleb. Kiedy byłam w Polsce, to zdanie trochę mi spowszedniało. Ale to jedna z korzyści z podróży, że otwierają nam na nowo oczy na to, co już znamy. Ta maksyma Brata Alberta oraz słowa Jezusa, że ktokolwiek nam poda kubek wody nie będzie pozbawiony nagrody, wielokrotnie kołatały mi w głowie, gdy w czasie drogi częstowano nas jedzeniem i piciem. Także w Polsce gościnność i hojność, z którą się spotykamy, wprawiała mnie wiele razy w zdumienie i wzruszenie. Tym bardziej w kraju, przed którym wielokrotnie mnie ostrzegano jako miejscu nieprzyjaznym czy niebezpiecznym. A i tu pielgrzymi spotykają się z ogromną życzliwością. Czasem w najprostszych sprawach - przez osiem dni ani razu nie odmówiono nam, gdy prosiłyśmy w mijanych restauracjach o możliwość skorzystania z toalety.

Po drodze często dostawaliśmy wodę (przy tutejszym upale można naprawdę ten „kubek wody” docenić). W wielu miejscach czekał na nas darmowy obiad. Nie wyobrażam sobie ile czasu, wysiłku i pieniędzy kosztowało ugotowanie ryży i kilku sosów dla dziesiątek pątników, ale gospodarzom nie brakło sił, aby każdego z troską i uśmiechem obsłużyć, przypilnować czy niczego nie brakuje, namawiać na dokładkę. Swoją drogą obserwując z boku można by się zdziwić, że hindusi rzadko gospodarzom dziękują. To nie brak kultury, ale właśnie jej przestrzeganie. Po tamilsku da się powiedzieć „dziękuję” (nandri), ale prawie się tego słowa nie używa. Często wręcz, gdy dziękujemy, słyszymy: „nie dziękuj mi, jesteśmy rodziną”. W czasie pielgrzymki za to wiele razy powtarzamy „Marije warge” – „Zdrowaś Maryjo”, to zastępuje i dziękuję, i proszę, i dzień dobry. To jak króciutka modlitwa za siebie nawzajem powtarzana po dziesięć razy dziennie. Być może nikt tu o Bracie Albercie nie słyszał, ale wielu daje siebie, jak chleb, z którego można wziąć tyle ile się potrzebuje.

Świętowanie niedzieli fundamentem realizacji misji na co dzień

Oczywiście nie brakuje też na drodze trudności. Oprócz upału, szalonego ruchu drogowego i konieczności pozowania do dziesiątek „selfie” (pierwszego dnia łatwo to uznać za wyraz sympatii. Po tygodniu już trudniej się zmusić do uśmiechu), doskwiera nam przede wszystkim brak organizacji, przede wszystkim w życiu modlitewnym grupy.

Szliśmy z grupą parafialną, co oznaczało, że mieliśmy zapewniony nocleg, część posiłków, ustalaliśmy wspólną godzinę porannego wyjścia. I na tym się organizacja pielgrzymki kończyła. Trasę zawsze ktoś z poprzednich lat zna, więc po prostu idzie się za tłumem. Rano, jak już grupa się zbierze i każdy wypije kawę, wychodzimy na drogę. Zaraz ktoś o mocnym głosie intonuje maryjną pieśń i rozpoczyna się różaniec. A ściślej - różańce, bo odmawiamy wszystkie części „za jednym zamachem”. Modlitwy są mówione szybko, rytmicznie, trochę po wojskowemu, prawie skandowane po tamilsku zawsze się mówi i modli szybko, dynamicznie. Po różańcu jeszcze litania i powtarzane przez kilka minut okrzyki: „Marije Warge”. I na tym, jeszcze przed śniadaniem, kończy się modlitewne życie grupy. Oczywiście cześć osób, my także, modli się potem w ciągu dnia (zwykle kolejnymi różańcami, co potwierdza, to co zawsze nam się w Domach Serca powtarza, że różaniec to podstawowa, a czasem jedyna modlitwa naszych przyjaciół). Ale żadnych więcej zorganizowanych form modlitwy, konferencji czy śpiewu nie ma. Nie ma też księży, a więc i sakramentów. W ciągu 8 dni pielgrzymki z trudem udaje nam się być na mszy 5 razy.

Najbardziej doskwiera nam to w niedzielę. O to, gdzie i o której będzie msza zaczynamy pytać jeszcze poprzedniego dnia wieczorem. Niestety nie tylko nikt nie jest nam w stanie odpowiedzieć, ale i odnosimy wrażenie, że jesteśmy jedynymi zainteresowanymi tą sprawą. Po południu przechodzimy obok kościoła, pielgrzymów tłum, ale nikogo z parafii. Plebania zamknięta na głucho. Po półtorej godziny czekania z nadzieją, że może się jednak jakiś kapłan pojawi, spotykamy miejscowego „kościelnego”, który informuje nas, że msza była o 6 rano i żadnej innej nie będzie. Ruszamy więc dalej, przed nami ostatnie kilometry przed noclegiem. Gdy docieramy do miasta znajdujemy kolejny kościół. Okazuje się, że msza zaczęła się przed kwadransem. Także w niedzielę, w przededniu dotarcia do Vallankani jesteśmy na połowie mszy. Dzień kończymy zmęczeni (w nogach mamy ok. 40 km), poirytowani, ale i zasmuceni. Zarówno obojętnością innych pielgrzymów, jak i miejscowych parafii, które wyraźnie nie zawsze są zainteresowane przywitaniem pątników. Aż robi się tęskno za widokiem otwartych na oścież kościołów, dźwiękiem witających pielgrzymów dzwonów i uśmiechem proboszczów cierpliwie stojących na słońcu, aby każdą grupę powitać błogosławieństwem.

Z Maryją idziemy głosić Ewangelię

Jednak wraz ze wschodem słońca, troski dnia poprzedniego nieco blakną. Przecież już dziś dotrzemy do celu i wszystkie radości i trudy drogi powierzymy Matce Bożej. Tym razem msza jest w planach i uczestniczy w niej spory tłum. Do wielu pątników dołączyły rodziny, aby wspólnie przejść choć ostatnie kilkanaście kilometrów. Atmosfera jest więc radosna, ale i podniosła. W Indiach sacrum przeplata się z profanum nieustannie. Także tutaj. Gdy dochodzimy na plażę (ostatnie 8 km idziemy brzegiem Zatoki Bengalskiej) najpierw siadamy w knajpce pod parasolem z palmowych liści, pijemy lemoniadę, robimy grupowe zdjęcia, taplamy się w Oceanie. Ale zaraz potem zwieramy szyki i ruszamy odmawiając, kolejny raz, różaniec. Między kolejnymi częściami zrobimy jeszcze jedną pauzę, by odpocząć w cieniu palm i nacieszyć się plażą, a potem znów ruszymy z modlitwą, choć na twarzach widać, że modlitewna zaduma miesza się z uśmiechem, bo to już zaraz, już prawie widać białe wieże sanktuarium. Jeszcze jeden moment powagi a potem festiwal radości, gdy w końcu rzeczywiście cel tej długiej drogi ukazuje się jak na dłoni. Natychmiast wszyscy klękamy i trwamy w ciszy przez kilka minut. Każdy po cichu ostatni raz zbiera w myślach intencje (także Wasze), dziękuje za bezpieczną drogę, robi rachunek sumienia i popielgrzymkowe postanowienia. Po czym wstajemy i podchodzimy do każdego z kim dzieliliśmy te ostatnie dni. Wymieniamy uściski dłoni, bliżsi znajomi wpadają sobie w objęcia. Zewsząd słychać: „Maroje warge”, które znów zastępuje kwieciste podziękowania czy przeprosiny. Rozlega się głośny, entuzjastyczny śpiew i już po chwili stajemy u stóp Maryi. Nikną smutki, zmęczenie czy podenerwowanie, a zostaje wzruszenie, radość i ogromna wdzięczność. I życzliwość, bo czego by nie mówić wszyscy dookoła dbali o nas, jak o własne dzieci, cierpliwie znosili naszą słabą znajomość języka i na każdym kroku okazywali troskę i sympatię. I może właśnie to, że w tak odległym kraju, wśród jeszcze niedawno zupełnie obcych ludzi, mogę mieć to samo poczucie wspólnoty i rodzinnej bliskości, które towarzyszyło zawsze mojemu kroczeniu na Jasną Górę, jest pierwszym cudem Naszej Pani z Vallankani.

Z modlitwą,
Agnieszka Ogiolda
20/14 Changalpattu
Choolai Athimoolam Street
Big Natham
Changalpattu 603002

P.S. Kiedy już pokłoniliśmy się Maryi i trochę odsapnęliśmy, mieliśmy do zrobienia jeszcze jedną rzecz. To obyczaj bardzo indyjski, ale jego wymowa i symbolika mnie poruszyły. Tradycyjnie, po zakończeniu pielgrzymki należy ściąć włosy (wielu mężczyzn zapuszcza je specjalnie na tę okazję). To zarówno symbol oczyszczenia, rezygnacji z przywiązań i pychy (bardzo ważny element tutejszej kultury i duchowości), ale i znak ofiarowania i zawierzenia siebie opiece Maryi. Ponieważ, mimo że to już pół roku (!), wciąż mam poczucie, że to dopiero początek mojej misji, uznałam, że to dobry czas na takie symboliczne ofiarowanie tego czasu Maryi i sprawienie samej sobie takiego codziennego przypomnienia, dla Kogo i z Kim tu jestem.

 

Ogiolda 1 1

Wymarsz. W tle nasz kościół parafialny. Pielgrzymów w Indiach można poznać z daleka, gdyż wszyscy noszą pomarańczowe ubrania.

Ogiolda 1 2
Gościmy braci w naszym domu. W ciągu jednej pielgrzymki jesteśmy więc i gospodyniami i pątniczkami.

Ogiolda 1 3
Postój. Albo poleż. Upał trzeba po prostu cierpliwie przeczekać.

Ogiolda 1 4
U celu. Trochę mniej wypoczęci, bardzie opaleni, ale bardzo szczęśliwi (nie tylko z tego, że już nigdzie nie musimy iść).