Agata Szpulak pisze z Boliwii (2016)

Tapacari, 31października 2016

Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus!

Minął już ponad rok mojego pobytu w Boliwii. Dla mnie to już sporo, ale doświadczeni misjonarze powiedzieliby, że to dopiero początek zdobywania doświadczenia, a wiec droga daleka… Właśnie jestem w trakcie kolejnej procedury wizowej i musze przyznać, że tym razem jest łatwiej i sprawniej. Albo może już przywykłam do tego, że w Boliwii wszystko musi mieć swój czas i nie dziwią mnie kolejki przed urzędem, wstawanie o świcie, by dostać numerek, który pozwoli na czekanie w kolejnym rządku do okienka, czy też odsyłanie, by zrobić ksero w tym właśnie urzędzie, bo moje nie jest dość dobre. Szczęśliwie taki obowiązek musze wypełnić raz na rok, a później już mogę żyć spokojnie, jak każdy obywatel Wielonarodowego Państwa Boliwii.

W tapacareńskim internacie zadomowiłam się już na dobre. Dzieci i młodzież bardzo się do tego przyczyniają i kiedy mamy kilka dni wolnego, jak teraz, czuje, że mi ich brakuje. Żyjemy razem praktycznie przez cały rok. Internat jest ich drugim domem, choć według mnie można by go spokojnie nazwać pierwszym… jako że tutaj spędzają większość swego czasu. Z rodzicami są tylko co drugi weekend, a z nami – na co dzień. Wszystko robimy tutaj razem. Pobudka jest dosyć wcześnie – jak na moje potrzeby snu – ale przy dzieciach nawet i wczesnego wstawania się nauczyłam. Od samego rana dzieci mają swoje obowiązki, które wypełniają w grupach, jak np. obieranie ziemniaków i warzyw na obiad, sprzątanie podwórka, sypialni, łazienek czy przygotowanie śniadania. Jako że jest nas dużo praca idzie sprawnie i już po godzinie wszyscy gromadzą się w sali na wspólną modlitwę, którą w części też przygotowują dzieci. Po niej jest śniadanie i chwila na zebranie materiałów, by iść do szkoły. W trakcie lekcji dzieci albo mamy trochę wolnego albo gromadzimy się w ekipie nauczycieli, by przygotować zajęcia, które w danym miesiącu się organizuje, jak np. obchody dnia ucznia, matki, ojca, dziecka, czy tez dnia Biblii, różańca, niedzieli misyjnej, etc. Po powrocie ze szkoły dzieci pomagają w jadalni rozdzielić posiłek, który jemy wspólnie. Po obiedzie jest kolejna praca w grupach, a po niej trochę czasu wolnego, by wszyscy mogli odpocząć. O godzinie 15.00 rozpoczynamy odrabianie lekcji. Każdy idzie do swojej sali; dzieci podzielone są według wieku i klasy, do której uczęszczają. Ja mam pod swoja opieką młodych z 2 i 5 klasy szkoły średniej. Z nimi zżyłam się najbardziej, jako ze wiele godzin spędzamy razem. Trochę jest mi ciężko tłumaczyć po hiszpańsku chemię, którą sama miałam w szkole jakieś 20 lat temu, a do tego nie znam pojęć chemicznych w obcym języku, ale za to pomagając w innych zadaniach, sama wiele się uczę, np. z historii czy geografii Boliwii. Dzięki Bogu moja młodzież zna już dobrze język hiszpański i możemy się dobrze porozumieć. Za to nasze małe dzieci, które dopiero niedawno przyszły ze swoich wiosek, mówią wciąż w quechua, a w tym języku znam jedynie kilka słówek. W takich przypadkach, by odpowiedzieć, posługuje się językiem polskim i dzieci maja radość, a ta pomaga bardzo w komunikowaniu się.

Po odrobionych lekcjach jest czas na kolację, a po niej na sport. Boisko, na którym bawią się nasze dzieci jest prawie w centrum wioski, więc często jest zatłoczone, ale wydaje się, że nikomu to nie przeszkadza. Zdarza się, że jedna grupa gra w piłkę nożną, korzystając z jednej bramki, a druga w koszykówkę używając kosza zawieszonego nad drugą bramką. Jedynie kiedy rozwijamy siatkę, reszta pozwala nam grać spokojnie i muszę powiedzieć, że od kiedy kupiliśmy nowe piłki, siatkówka stała się bardzo popularna. Przy liniach bocznych zawsze biegają najmłodsze dzieci ze swoimi zabawkami. Niedawno była moda na „cachinas”, czyli szklane kulki różnej wielkości, którymi gra się w sposób, którego dotąd nie pojęłam, a teraz maluchy przerzuciły się na metalowe felgi z rowerów popychane kijkiem. Pomysłowość dzieci nie zna granic.

Biegi na boisku potrafią wymęczyć, więc wszyscy na dźwięk dzwonka chętnie udają się najpierw do misek z wodą, by umyć nogi, a później na wspólną modlitwę, która kończy dzień. Później jest już tylko układanie wszystkich do snu i zasłużony odpoczynek.

Jeszcze wracając do kąpieli, muszę powiedzieć, ze w Boliwii chyba wszyscy uczą się szanować wodę. Często jej nam w Tapacari brakuje. Ostatnimi czasy nasz zbiornik świecił pustkami, więc kiedy nadeszły pierwsze deszcze, cieszyliśmy się jak dzieci. Teraz woda niby już jest, ale z kranu leci brudniejsza niż ta, która zbieramy z deszczówki. Cóż, ważne, że jest mokra i że można się w niej umyć. Do picia przegotowujemy ją dobrze, a żeby koloru nie było widać wystarczy nasypać trochę kawy, albo czarnej herbaty, o połowę mniej niż zwykle.

Jutro uroczystość Wszystkich Świętych, a w Boliwii wiąże się to z wielkimi przygotowaniami. Tutaj to Dzień Zaduszny jest dniem wolnym od pracy, bo też na pamięć o zmarłych kładzie się nacisk najbardziej w te dni. Najpierw w domach urządza się cos w stylu „ołtarza” dla zmarłych z danej rodziny. Przeważa na nim chleb w różnych postaciach – tanta wawa, które symbolizują osoby zmarłych, drabina z chleba, by dusza mogła się wspiąć do nieba, czy koń, na którym dusza zmarłej osoby może biec prędzej na spotkanie z Bogiem. Na ołtarzu nie brakuje też łakoci, które mają osłodzić duszy drogę, owoców i oczywiście jej ulubionego dania. Domy nawiedzane są przez sąsiadów i krewnych, którzy zobowiązani są pomodlić się za zmarłych rodziny, do której przychodzą. W zamian za to otrzymują trochę chleba z ołtarzyka. W Dzień Zaduszny, po południu ołtarz ten przenosi się na grób zmarłego. Tam tez gromadzi się cała rodzina i nadal kontynuowane są modlitwy. Wtedy też pojawiają się liczne grupy dzieci, które nawiedzają wszystkie groby i odmawiają modlitwy, za co nagradzane są chlebem i słodyczami. Niektóre grupy wynoszą z cmentarza wielkie siatki pełne chleba. My zresztą też bo wszyscy chcą podziękować za modlitwę, za pokropienie wodą świeconą ich grobu. Musze też przyznać, że boliwijski cmentarz w niczym w taki dzień nie przypomina tego, co znam z polskiej tradycji. Nie sposób uchwycić klimatu zadumy, czy refleksji nad życiem, bo tutaj po prostu się świętuje. Patrząc na całe rodziny zebrane przy grobach, dzielące się jedzeniem i „chicha”, której nie może zabraknąć - wszak zmarły, czy zmarła też ją lubili - ma się wrażenie, że to kolejna fiesta. Myślę, że tutaj można mówić o prawdziwej komunii ze zmarłymi, bo dla naszych ludzi zmarli nie przestają być członkami rodziny, choć w jej życiu uczestniczą już inaczej. Dzień Zaduszny jest dobrą okazją, by spotkać się na nowo. I choć na pierwszy rzut oka można by pomyśleć, że taka fiesta to przesada, to tak na dobrą sprawę, dobrze jest mieć taką rodzinę, która modli się dużo za swoich zmarłych i traktuje ich jako nadal bliskich.

Kończę już na dziś moje opowieści, mam nadzieję, że trochę powiało boliwijskim klimatem w Opolu. Dziękuję za wszelkie wsparcie i odwzajemniam się za nie modlitwą.

Pozdrawiam ciepło z wiosennej Boliwii.

Z modlitwą i wdzięcznością,

Agata Szpulak, misjonarka świecka